Welcome!

Szycie życia

            
 

                                                                                      


ZRZĄDZENIE


Imprezę urodzinową (huczną) miałem w sobotę. Dzisiaj jest poniedziałek i jeszcze boli mnie głowa. A nie powinna, bo właśnie dzisiaj w poniedziałek 12 października jest mój wyjątkowy dzień - kończę 40 lat! Niestety, ten dzień nie zapowiada się inaczej od dni biegnących wraz ze mną od tych czterdziestu lat. Kogo może obchodzić, że dzisiaj mam urodziny.

Zbliża się siódma. Jeszcze trochę poleniuchuję, powiercę się w łóżku, włączę jak zwykle radio, stojące obok na stoliku nocnym… W końcu wstaję. Idę do łazienki; siusiu, zęby, golenie… Moja żona jest już na nogach dużo wcześniej. Słyszę jak przygotowuje śniadanie dla nas wszystkich. Słyszę jak krzątają się dzieci w swoich pokojach. Oni wszyscy wyjdą z domu przed ósmą. Ja zasiądę do śniadania sam. Po dzieciach pozostanie tylko zapach kakao w niedopitych kubkach… Mam córkę i syna starszego od siostry o cztery lata. Syn chodzi do piątej klasy. Zjadam śniadanie, jem dwie kromki chleba z twarożkiem i łyżeczką dżemu. Wypijam herbatę z plasterkiem cytryny, osłodzoną łyżką miodu. W pojemniku czekają na mnie cztery kanapki. Chowam je do aktówki, zamykam mieszkanie i… do pracy.

Jestem krawcem. Moja pracownia mieści się kilka przecznic od mojego bloku, w którym na siódmym piętrze zajmujemy w czwórkę przeszło pięćdziesięcio metrowe mieszkanie. Jak na czasy komuny, jesteśmy „dobrze urządzoną” rodziną. Pracownia krawiecka ma coraz lepszą renomę. Zatrudniam w niej trzech czeladników i czterech uczniów o różnym stażu. Z reguły szyjemy ubiory dla panów: garnitury, smokingi, fraki, jak i wszelkiego rodzaju okrycia wierzchnie. Nieraz, z mojej pracowni wychodzą również kostiumy i płaszczyki dla pań.

Zawsze, kiedy wchodzę do zakładu około godziny dziewiątej, zastaję już pracownię w pełnym rozruchu. Tylko otworzę drzwi, już czuję „krawiecki” zapach. Zapach specyficzny… Lubię ten zapach. Zapach potu pracowników, przypalonych żelazkiem lnianych płócien, prasowanych wełnianych materiałów wyciągniętych z naftalinowych szaf, odświeżanych garniturów… Lubię ten rytm, w którym wszyscy pracujemy od rana, do późnego wieczora. Krawcy nigdy nie mieli uregulowanego czasu pracy. Jeżeli mogli w tygodniu zrobić jeszcze jedną „sztukę” więcej i dostać za nią dodatkową sowitą zapłatę – to, to czynili. Tak jest i zawsze było we wszystkich prywatnych zakładach i dlatego – między innymi – „prywaciarzom” zawsze żyło się lepiej.

Dzisiejszego dnia, w poniedziałek 12 października jestem już „wystrychnięty” (–Cóżeś się dzisiaj tak wystrychnął? – Częste powiedzenie mojej żony) w garnitur dwurzędowy z dwoma rozporkami po bokach. Uszyłem go sobie z czystej wełny, w kratkę, tzw. Prince de Galles. Pod nim, mam niebieską koszulę (niebieską jak moje oczy), wiśniowy krawat i brązowe buty na nogach. W kieszonce piersiowej z artystyczną nonszalancją, (to też trzeba umieć!) włożona  poszetka w kolorze bliskim kolorowi krawata. Tak wyszykowany chodzę do pracy. Jestem dewotem elegancji.

Jem spokojnie śniadanie, gdy nagle, z przedpokoju, swoim prawie alarmowym dzwonkiem, przerywa domową ciszę telefon. Zrywam się od stołu.

– Szefie, musi pan natychmiast przyjść! Pani Szczudlarska przyniosła z powrotem płaszcz, który szyliśmy jej miesiąc temu… Awanturuje się… Chce się widzieć z panem. Niech pan szybko przyjdzie!

Nie kończę śniadania, w pośpiechu wpycham do mojej wysłużonej aktówki przygotowany przez żonę pojemnik z kanapkami i nie czekając na windę zbiegam pędem po schodach z siódmego piętra. Nie wiedzieć kiedy znajduję się na skrzyżowaniu ulic 10-Lutego i Władysława IV. Już chcę przeciąć ulicę 10-Lutego, ale zatrzymuje mnie czerwone światło. Żeby być prędzej w pracowni, postanawiam zmienić kierunek i zdążam na drugą stronę ulicy Władysława IV. Przebiegam ją, ale znowu ulicą 10-Lutego rusza potok aut i zatrzymuje mnie czerwone światło.

I nagle… coś we mnie pęka. Coś się ze mną dzieje… „Człowieku, stop! Dzisiaj są twoje czterdzieste urodziny! Rozejrzyj się dookoła, zobacz jaki piękny poranek! Jak śmieje się do ciebie październikowe słońce!  Gdzie pędzisz? Kim jest dla ciebie to głupie stare babsko, które od początku nie wiedziało czego chce? Ten płaszcz najpierw skroiłeś luźny bez wcięć, bo tak chciała. Potem go dopasowałeś, bo zmieniła zdanie w trakcie szycia. Teraz znowu krzyczy, że jest zbyt dopasowany. Człowieku, pieprz tę babę! Dzisiaj masz urodziny! Październik w prezencie daje Ci piękny słoneczny dzień!”

Rzeka ludzi popłynęła na drugą stronę ulicy 10-Lutego. Nie poszedłem w kierunku mojej pracowni. Skierowałem się prosto nad morze…

Gdynia jest pięknym miastem. Tak mówią o niej nie tylko jej mieszkańcy. Wśród śpieszących się gdzieś przechodniów, przecinając ulicę Świętojańską dotarłem na Skwer Kościuszki. Tutaj mimo wczesnej pory ludzie już siedzieli na ławkach okolonych zielenią. Niektórzy czytali prasę, inni wystawiali twarz w kierunku porannego, październikowego słońca. Zaprzyjaźnione wróble ćwierkając i rozrabiając, szukały w pobliżu ludzi resztek pozostawionego pożywienia. Parkowe drzewa październik przyprószył już brązem i złocieniami. W bukach, kasztanowcach, topolach figlujące sprośnie słońce próbowało nakłonić mnie, bym napawał oczy tym cudownym objawieniem jesieni. Znalazłem się w świecie, o którym zapomniałem, że istnieje, którego już od dawna nie dostrzegałem.

Nieraz, o istnieniu tego świata, przypominały mi w pracowni materiały na jesienne marynarki: te tweedy angielskie, te zgrzebne szkockie kraty… Zapewne właśnie w takie październikowe dni – kradnąc jesienny koloryt lasom, polom, łąkom i parkom - styliści tworzyli przecudne wzory na materiałach, z których my krawcy mozolnie wykrawaliśmy jesienne kreacje…

Szedłem wciąż w stronę morza. Już je w oddali widziałem. Spokojne, lekko otulone bryzą. Moje nozdrza coraz mocniej drażnił jego zapach. Było w pobliżu, tuż, tuż. Akurat mijałem kompleks wojskowy i Muzeum Marynarki Wojennej. Wokół krzątali się żołnierze - marynarze w płóciennych białych bluzach, miękkimi, tanecznymi ruchami - jakby lewitując nad ziemią, zgrabiali spadające z drzew kolory... Wszystko to przypominało scenę z opery… Urzeczony tym widokiem, mógłbym przysiąc, że słyszałem jesienne akordy Vivaldiego, w takt których poruszali się marynarze, spadały liście z drzew, igrały wśród gałęzi, wśród brązów i złocieni, promienie słońca. W końcu znalazłem się na bulwarze. Trzeba było się dobrze wsłuchiwać, by usłyszeć fale, które nie wiedzieć skąd się biorąc, delikatnie muskały przybrzeżne głazy. W oddali szarobłękitna tafla morza była niema. Dwa łabędzie – zapewne parka – pływały z gracją w pobliżu falochronowych głazów. Bulwar był jeszcze pustawy. Tylko głośne skrzeki mew i rybitw przerywały ciszę. Od czasu do czasu ktoś przejechał na rowerze, ktoś w dresie biegł swoim tempem. Minąłem dwóch człapiących emerytów.

Idąc tak wzdłuż bulwaru, w oddali dojrzałem czyjąś sylwetkę, wokół której rozwrzeszczana chmara ptaków, walczyła o kawałki rzucanego pokarmu. W tamtą stronę zaczęły płynąć łabędzie, w tamtą stronę szedłem i ja niosąc w sobie radosny spokój, odbijany od spokojnej tafli morza.

Była to kobieta… dziewczyna… młoda dziewczyna… chyba licealistka?  Zbliżałem się do niej, ceniając, kto zacz. Miała na głowie śmiesznie przekrzywiony czerwony berecik, spod którego wystawały dwa jasne kitki. „Pipi Langstrumpf” one teraz, po tym filmie dla dzieci, próbują wszystkie być nią, niezależnie od wieku – dodałem w myślach, przypatrując się dokładnie dziewczynie. Ubrana była w malinową kurteczkę z cienkiej madery, całą zadrukowaną jakimiś strofami w języku angielskim i niebieskie dżinsy - niebieskie jak jej oczy, które na chwilę oderwała od morza, od rozkrzyczanych mew. Jej spojrzenie najpierw bojaźliwe, potem przenikliwe, w końcu figlarne, taksowało mnie „od stóp do głów”. W pobliżu niej na szerokim, betonowym falochronie leżała brązowa torba, upstrzona masą lśniących w słońcu klamerek, suwaków, ozdobnych skuwek.  Zapewne pełna książek – pomyślałem. Obok torby oparta o ścianę falochronu stała długa, czarna tuba ze zwisającym płóciennym paskiem. Dziewczyna rzucała już ostatnie kawałki chleba rozkrzyczanym niesfornym ptakom.

– Mogę… przystanąć, popatrzeć? – zapytałem, mimo, że już stałem i przyglądałem się z ciekawością i jej i ptakom walczącym o pokarm w powietrzu.

– Są niesamowicie sprytne – nie odpowiadając na moje pytanie, stwierdziła dziewczyna, dodając - walczą o byt,  bardziej zaciekle od nas, ludzi…

Dziewczyno, cóż ty, możesz wiedzieć o walce o byt? - uśmiechając się, zapewne głupawo, ledwie utrzymałem tę myśl w sobie. Ona dalej nie spuszczała ze mnie oczu, świdrując mnie jeszcze dogłębniej, przenikliwiej, zuchwalej.

– Przypłynęły łabędzie… - powiedziałem jakoś tak bezmyślnie, ot, po prostu, by cokolwiek powiedzieć. Łabędzie miały jeszcze kawałek drogi do przypłynięcia w pobliże nas.

– Płyną tak dostojnie… Wyglądają, jak… pan. Pan też jest taki gładziutki, elegancki, ubrany… jak do teatru.  Skąd się pan tu wziął… w tym nadmorskim krajobrazie, prezes…

Ostatnie słowo ledwie usłyszałem. Wypowiedziała je jakby z ironią i tak, by nie być pewną czy je usłyszę.

– Przepraszam… ale…

– Wiem, wiem, po ubiorze widać, że jest pan prezesem jakiejś firmy, albo banku, albo… Mecenas! Jest pan mecenasem! – przerwała mi moje zakłopotanie związane ze znalezieniem sensownej odpowiedzi.

– Nie, ale… ja…

– No, dobrze, mnie to pójdzie szybciej. Jestem w klasie maturalnej liceum plastycznego. Tu niedaleko jest moja szkoła. Zna pan Orłowo, Trójmiasto? Wygląda pan jak nietutejszy, ale… ładnie, ze smakiem. Kiedyś będę tworzyła takich faciów jak pan. To znaczy ich ubrania, ich wizerunki. W panu, w pana ubiorze jest harmonia, elegancja… I… dobroć… i… bezpieczeństwo. Jest pan dobry? bezpieczny? – zaśmiała się całą bielą ładnych zębów.

Mam czterdzieści lat. Od przeszło dwunastu lat jestem żonaty. Zdawało mi się, że jestem pewny siebie, obyty w podobnych sytuacjach, a tutaj? – Czuję, że rumienią mi się policzki, brakuje mi języka w gębie.

– Tak, jestem na Wybrzeżu w delegacji… – (Czemu kłamię?) – Udało mi się znaleźć trochę czasu, uciec od obowiązków. Chciałem usłyszeć, poczuć zew morza…

– Mam na imię Anita. Anita Fitzerman – przerwała mi moje zakłopotanie podchodząc bliżej mnie i podała mi rękę. Skwapliwie przez chwilę, przytrzymałem jej małą dłoń w swojej - chyba tylko po to, żeby wymyślić dla siebie, nie wiedzieć czemu, jakieś obce imię i nazwisko.

– Ludwik Wolski – w końcu wydukałem. – Przyjechałem z Wrocławia… Mamy na Wybrzeżu, w Gdyni konferencję… Jestem…

– Biznesmenem, prezesem, albo… O, tak jak mówiłam – adwokatem! – Weszła ponownie mi w słowo widząc, że się plączę, zgadłam? Mój ojciec też był taki elegancki. Był właśnie adwokatem. Rodzice rozwiedli się… - ostatnie zdanie powiedziała jakoś tak, jakby wyrwało się jej nieopacznie.

Dobrze mi było z tym, że ona mówiła i mówiła. Mógłbym tak patrzeć i patrzeć na jej twarz, na jej usta odsłaniające biel zębów. Mógłbym patrzeć i patrzeć jak na obrazy w kalejdoskopie, z nieukrywanym zachwytem. Jej twarz nabierała jeszcze większego blasku, właśnie, gdy się uśmiechała, albo mówiła.

– To kim pan jest? Co pan robi?

– Mamy konferencję w… Izbie Wełny – dodałem – przypominając sobie klienta, dyrektora tej Izby.

– Och, to może kiedyś, spotkamy się na tej niwie? Chcę być projektantką mody. Podoba mi się pana wizerunek. Jest pan dobrze „skomponowany” - znowu przeleciała mnie od stóp do głowy swoimi niebieskimi oczami.

– Dziękuję…

– Nigdzie się pan nie śpieszy?

– Nie…

– Ja też, nie pójdę dzisiaj do budy. Zrobiłam sobie wolne, dzisiaj są moje urodziny.

– Naprawdę?! – prawie wykrzyknąłem. – Ja też mam dzisiaj urodziny! – dodałem szybko.

– Z jakiego pan znaku? – zapytała podejrzliwie, świdrując swoimi chabrami  moje też niebieskie, ale już chyba trochę wyblakłe.

– Waga! – wykrzyknąłem pewnie.

I wtedy spontanicznie przykleiliśmy się do siebie, radośnie ściskając się i obdarowując życzeniami – jak starzy znajomi.

Niosła ze sobą zapach jaśminu. Pachniała jaśminem, gdy (chyba przypadkiem) pocałowałem jej szyję, gdzieś za uchem. Nagle odskoczyliśmy od siebie przestraszeni tym, co robimy.

Potem ona przenikając mnie spojrzeniem tak dogłębnym, jakby chciała mnie wchłonąć oczami w siebie. Spontanicznie, naiwnie dziewczęco wyszeptała: 

– Chce pan… możemy mówić sobie na „ty”… Chcesz, żeby ten dzień był wyjątkowy, zaczarowany? – jakby wyzbywając się zawstydzenia powiedziała już głośniej i pewniej.  

– Tak, bardzo – te dwa słowa wypowiedziałem bezwiednie, ale wiedziałem, że pochodzą z głębi serca. Uniosłem jej rękę i nie wiedząc czemu, ucałowałem wnętrze jej dłoni. Mimo, że mi na to zezwalała, zląkłem się. Czyż, ten pocałunek, nie jest za bardzo… śmiały, mówiący o… – przemknęła w mojej głowie trwożna niedokończona myśl.

– Zakrzyczą nas te ptaszyska. Już nie mam chleba, a one wciąż domagają się, chcą i chcą żeby je karmić – powiedziała teraz ona, trochę zmieszana.

– Mam kanapki! – krzyknąłem triumfująco i sięgnąłem do aktówki. W plastikowym pojemniku, leżały jedna na drugiej starannie ułożone, poobkładane wędliną i pociętą w plasterki rzodkiewką kanapki.

– Takie kanapki może zrobić tylko matka, albo… kochająca żona – powiedziała biorąc jedną i nadgryzając kęs. – Mam większy apetyt na tę kanapkę, niż te mewy – dodała rozsiewając miły uśmiech.

Spróbowałem jeść drugą, jedząc uśmiechaliśmy się do siebie, gdy ptaki zataczały nad nami coraz śmielsze kręgi, domagając się swym skrzekopiskiem byśmy dzielili się z nimi.

– Kochająca żona… - powtórzyłem po dziewczynie z uwidaczniającą się ironią w głosie, nie mogąc oddalić od siebie tunami złych skojarzeń. Chyba przeniknęła moje myśli, bo… 

– Jest pan… jesteś żonaty. Dwójka dzieci, piękna żona – i jak w filmowym romansie –  ty w małżeństwie  nieszczęśliwy, nierozumiany, niekochany… Tylko, proszę cię, nie kręć, nie mów mi, że to nieprawda. Spróbujmy się nie okłamywać chociaż w nasze urodziny… Niech to będzie nasz zaczarowany dzień!

– Tak… – niepewnie próbowałem odpowiedzieć, zdziwiony śmiałością wyrażania przez nią swoich myśli i chciałem przejść do obrony, wytłumaczyć się, ale ona mówiła za mnie:

– Wiem, wiem… Rozsypuje się wasze małżeństwo. Żona, wszystkiemu winna żona, ona cię nie rozumie, nie kocha, więc ty też masz tego wszystkiego dosyć…  Stara śpiewka! Coś wiem na ten temat…

– Jesteś bardzo dojrzała, mądra, jak na… - próbowałem jej przerwać, ale…

– Jak na swój wiek. Wiem, wiem, często mi to powtarzają, ale ja zbyt szybko po prostu poznałam życie. Widziałam jak rozwodzili się moi rodzice, byłam w środku tajfunu – mówiła za siebie i za mnie. Nie przeszkadzało mi to, wręcz odwrotnie, patrzyłem z lubością na jej ładnie układające się usta, na  biel równych zębów...

– Powiedz, zdradziłbyś żonę? Na przykład, dzisiaj, ze mną? Powiedz – ponaglała.

– To dzieje się tak szybko… Nie wiem. Jesteś taka dziewczęca, kobieca, taka powabna…

– I taka mądra, że… nie obiecuj nic sobie. Na pewno nie pójdę z tobą… Nie będziemy uprawiać seksu. Chociaż… przed chwilą, bardzo tego pragnęłam… To jest twój i mój wyjątkowy dzień, Wago! – wchodziła mi w słowa - nim próbowałem nadążyć z odpowiedzią.

– Nikt by się nie oparł tobie, Anito – w końcu nieśmiało wydukałem.  

– Wszyscy mówią na mnie An. Ci wszyscy, którzy są blisko mnie.

– An, dzięki tobie to jest mój piękny dzień.

– Mój zaczyna być też… Co robimy dalej? Nie schrzańmy go.

– Usiądźmy na ławce, dokończymy kanapki – zaproponowałem mało sensownie, prozaicznie. – A później zaproszę cię na kawę! – szybko dodałem. – Na pewno gdzieś w pobliżu jest przytulna kawiarenka.

– I opowiesz mi o sobie? Co robisz? Kim jesteś? I w ogóle?

– Będę tylko dla ciebie. Gdzie tu jest jakaś kawiarnia?

– Nie pójdziemy do kawiarni. Lepiej nie – marszcząc brwi, dodała po krótkim namyśle. – Zapraszam cię do siebie. Ty mój… prezencie urodzinowy! Moja niespodzianko! Mam wolną chatę. Mama jest lekarzem, ginekologiem. Wróci do domu wieczorem. Napijemy się kawy u mnie. Chodź – już zawiesiła sobie na ramieniu tubę, już trzymała w ręku teczkę.

– Mogę ponieść ci teczkę? Zapewne jest pełna książek. Co masz w tej tubie? Szkice? Obrazy?

– Nie chodzę na wagary, ale przez te moje urodziny… Coś dzisiaj we mnie pękło. I… przez, czerwone światło na przejściu. Zagrodziło mi drogę i… zmieniłam kierunek. Wyszykowana do szkoły, z odrobionymi lekcjami i w ogóle.  Sama nie wiem jak znalazłam się zamiast w szkole tutaj.

– Ann… mnie też czerwone światło na przejściu skierowało nad morze. Ja też powinienem być od rana w pracy. To niesamowite!

W taksówce delikatnie ściskałem jej dłoń, którą podsunęła pod moją. Do Małego Kacka, gdzie mieszkała w jednorodzinnym domku, dojechaliśmy bardzo szybko, cały czas szukając w naszych oczach odpowiedzi na to, co jeszcze ma się wydarzyć. W domu przywitał nas kot bez jednego ucha. Łasił się do mnie i do niej prężąc grzbiet, ocierając się o nasze nogi.

– No, czego? Masz wszystko, tylko brakuje ci miłości? – Ann przycupnęła głaszcząc kota po wyprężonym grzbiecie. – Przybłęda, dachowiec – dodała.

– Ann… Wszystko ok., że tu jestem? – zapytałem, bo naprawdę czułem się nieswojo. Ja, czterdziestoletni, żonaty facet z dwójką dzieci i ona licealistka. W jej domu... razem…

– A czy coś się dzieje złego? Napijemy się kawy. Ile masz lat? – wystrzeliła tym pytaniem, a potem poleciały następne; – Jak ma na imię twoja żona? Twoje dzieci? To chłopiec i dziewczynka… – strzelała jak z automatu.

– Tak…

– Co tak?! – przerwała ciszę, której nie umiałem wypełnić słowami.

Krzątała się w kuchni. Słyszałem jak włączony młynek mielił kawę, której zapach roznosił się po całym domu. Potem znikła z pola widzenia.

Kanapa w salonie była ogromna, obłożona poduchami. Siedziałem zatopiony w jej miękkościach, rozglądając się po całym bogactwie ładnie i ze smakiem urządzonego wnętrza. Na ścianach oprócz obrazów w starych złoconych ciężkich ramach, wisiały inne - zapewne namalowane współcześnie – domyślałem się, że przez Anitę.

W końcu weszła. Teraz miała rozpuszczone, lśniące jasne włosy i jeszcze bardziej pachniała jaśminem. Nie miała już na sobie niebieskich dżinsów i maderowej malinowej zadrukowanej bluzy. – Była w miękkiej, chyba robionej ręcznie na drutach z moherowej włóczki, krótkiej niebieskiej, mocno obściskującej jej kibić sukieneczce. Nie zauważyłem pod nią zarysu stanika… Niosła na tacy dwie filiżanki z parującą aromatem kawą, dzbanuszek z mlekiem, cukiernicę i jakieś czekoladowe ciasteczka. Postawiła tacę na stoliku przy tapczanie. 

– Mam jakiś alkohol… - otworzyła drzwiczki zapewne barku. Usłyszałem brzęk kieliszków. Na stoliku pojawiła się butelka jakiegoś przedniego koniaku.

– Nalejesz…? – Włączę muzykę. – Co lubisz?

Zaskoczyła mnie tym pytaniem, nic mi nie przychodziło do głowy.

- Może blues? – powiedziałem sam nie wiedząc dlaczego i zacząłem  nalewać do obłych konikówek płyn w miodowym kolorze. Zapełniłem dno kieliszków pozostając nad nimi z butelką. - Ok.? tyle…?

-Tak, możesz jeszcze troszeczkę, na razie… I co z tą muzyką? Blues?

- Jaką chcesz, ale… tak naprawdę wolę słuchać twojego aksamitnego głosu, porozmawiajmy.

- Za nasze poznanie! Za nasze urodziny! Za naszą przygodę! Brzęk szkła próbował wkomponować się w chrypkę Amstrąga. Zdziwiłem się, że Anita opróżniła swój kieliszek od jednym haustem. Zrobiłem to samo. Popiliśmy  kawą. Chciałem wziąć od niej butelkę, którą ona teraz znowu trzymała nad kieliszkami, ale odepchnęła lekko moją rękę i zaczęła napełniać kieliszki o wiele pełniej niż zrobiłem to ja poprzednio. Armstrong w tle sentymentalnie, miłośnie chrypiał: Hello Dolly…

– Za naszą przygodę… – Anita uniosła kieliszek, ponownie stuknęliśmy się, upiła spory łyk. Zrobiłem to samo.  

– Chodź, weź kieliszek, chodź, pokażę ci mój pokój na górze, nim kawa trochę przestygnie.

Podała mi rękę wyszarpując mnie z kanapy, potem pociągnęła za sobą po krętych schodach. Znaleźliśmy się w pokoju… W pokoju dziewczęcym, w pokoju licealistki, w pokoju plastyczki wrażliwej na artystyczne piękno… Był kolorowy, pełen plakatów, szkiców, rysunków, ale i misiów, lalek, pluszowych kotków i piesków.

– To twój świat! To wszystko dookoła to ty wyczarowałaś, namalowałaś. – Wczuwając się w klimat tego dziewczęcego pokoiku, powiedziałem pewnie, przyglądając się z zaciekawieniem wiszącym na ścianie kolorowym akwarelom, olejnym obrazom a nawet linorytom.

Anita odstawiła swój już pusty kieliszek, wzięła z mojej ręki mój i przechyliła mi go do ust.  A potem…

– Nie chcesz mnie pocałować…?

– Znalazła się tak blisko mnie, że aż czułem zabarwiony koniakiem jej oddech. Patrzyła w moje, prawie przestraszone zdziwieniem oczy -  swoimi  szeroko otwartymi zalotnie i jakby… była gotowa…

Nie umiałem wyzbyć się zaskoczenia.

– Ann… Jestem żonaty, rzeczywiście mam dwoje dzieci… – położyłem ręce na jej ramionach jakoś tak niezgrabnie, jakbym czyniąc to, nie chciał dopuścić jej do siebie, a przecież… Tak bardzo pragnąłem wziąć tę młodziutką, wiotką dziewczynkę w swoje ramiona i… i nie wypuścić, nie wypuścić już jej nigdy… Zobaczyłem jak jej ta ładniutka buzia nagle chmurzy się, pąsowieje. Chciałem ją jeszcze zatrzymać przy sobie, ale ona sprytnie, tak lekko, jak by była tylko mgiełką  uwolniła się z moich rąk.

– Wracajmy na dół, na kawę… – powiedziała speszona.

Schodziliśmy po schodach. Ona ze spuszczoną głową, wpatrywała  się w stopnie, którymi mogłaby zapewne zejść z zamkniętymi oczami. Potem, siedząc naprzeciw siebie i pijąc kawę, uśmiechaliśmy się do siebie jakoś tak połowicznie. Rozmawialiśmy nieskładnie, o pięknej pogodzie w październiku, o nadmorskim bulwarze, o żarłocznych mewach. Popijając kawę i malutkimi łykami z kieliszków koniak, wracailiśmy do przypadków, które nas zbliżyły. Rozmawialiśmy o czerwonych światłach na przejściu, które nas zatrzymały. O naszej jednoczesnej decyzji pójścia nad bulwar, o naszym urodzinowym dniu. Dziwiąc się tym wszystkim zbiegom okoliczności, dziwiąc się tym jednolitym zdarzeniom, które nas dzisiaj  połączyły.

Kiedy stałem już w przedpokoju, trzymając w ręku aktówkę, Ann nagle znalazła się przy mnie. Okalając mnie zaborczo rękoma, przywarła do mnie, do moich ust. Wchłaniałem, wchłaniałem łapczywie ich smak swoimi. Wchłaniałem całym sobą, nozdrzami, zapach jej włosów, jej ciała, jej całej – tak usilnie – jakbym chciał ją i tę chwilę, zatrzymać na całe, całe moje dalsze życie, na całe… W tej chwili, w moherowej miękkości sukienki, w gibkości jej ciała odnajdywałem… Tamtego, strwożonego strachem małego króliczka… z tamtych, tamtych dziecięcych lat, spędzonych u babci na wsi…

Minęły cztery lata. Byłem  już po rozwodzie. Jak się okazało, żona  od prawie pięciu lat (a może i więcej) zdradzała mnie z moim „przyjacielem” – tenisistą. W końcu po rozwodzie, zabierając dzieci, wyjechali do Wiednia, gdzie razem zamieszkali, dostając mieszkanie i pracę na kortach.

Zostałem sam. Starając się, by klienci nie odczuli mojej traumy, zatapiałem się bezgranicznie w pracy, w tworzeniu nowych fasonów płaszczy i kostiumów dla kobiet. Co rusz opracowywałem nowe wzory i wymyślałem nowe technologie poszczególnych faz szycia ubiorów. Moja pracownia ciągle trzymała wysoki poziom.

Kończyłem właśnie czterdziesty czwarty rok życia. Znowu dwunastego października słońce rozświetliło Gdynię - tak jak kiedyś, kiedyś… Od rana było słonecznie, bezwietrznie, pięknie, babiolatowo…  Tylko pójść nad bulwar… Mimo to, stawiłem się w pracy na czas, chyba smętny, rozżalony na swój los. Pracownicy pamiętali jednak o moich urodzinach. Na wystawie już stał ogromny wazon pełen róż. Nim wziąłem się za krojenie, przyjąłem od nich i przybywających do pracowni przyjaciół, życzenia wznoszone kieliszkami szampana. Z Wiednia zadzwoniły też moje dzieci:

– Tato, u nas wszystko ok! Życzymy ci dużo, dużo zdrowia… – Opowieści o swoich sukcesach na kortach i w nauce, zaczynali już „brudzić” germańskim akcentem, już go u nich wyczuwałem.

Kiedy zbliżał się koniec dnia, a ja zamiatałem pracownię pełną ścinków po krojeniu, otworzyły się drzwi i weszła para młodych ludzi. On wysoki, z parodniowym zarostem na twarzy i długimi, gęstymi, układającymi się w loki al’a piosenkarz Wodecki włosami. „Artysta” – pomyślałem. On już od progu, uśmiechając się zaczął mówić:

– Byłem tu u pana w sprawie garnituru do ślubu. Sam mi pan wtedy doradził, żebym jednak przyszedł z moją panią… przyszłą żoną…               

– Jesteśmy.

– Aaaaanita??? Ann?!

– Ty ??!

Leżeli w sypialni na swoim szerokim łóżku, oddychali ciężko. Przed chwilą sycili się sobą. On jej zapachem, smakiem, oczami chowającymi się za rozkosz… Ona – tym wszystkim co dostała od niego przed chwilą i tym, co otrzymywała od niego nie tylko wtedy, gdy się kochali bez opamiętania, ale i na co dzień, zawsze, kiedy mogli być razem, kiedy tworzyli rodzinę. Anita zawsze z lubością i zachwytem, patrzyła na tę jego codzienną, wysmakowaną elegancję. Obserwowała z przyjemnością każdy ruch swojego męża, ale i sama nie musiała domagać się spojrzeń, w których  odnajdywała uwielbienie dla siebie. To był ich ósmy rok szczęśliwego pożycia  -  ich wielkiej małżeńskiej miłości.  

– Wiesz… wtedy… na bulwarze, kiedy ja karmiłam mewy, a ty nieśmiało zbliżałeś się do mnie… No wiesz, wtedy, w nasze urodziny… Byliśmy u mnie w domu… Już wtedy pragnęłam ciebie, jak niczego na świecie. Tak bardzo chciałam się wtedy kochać z tobą. Powinieneś to wtedy czuć. Ten koniak… Byłbyś pierwszym moim mężczyzną. Pierwszym i może jedynym? – śmiała się i obcałowywała jego usta.

 Ach! Ann… Wierz mi, że już w tamtej chwili, tam, na bulwarze, stawałaś się dla mnie czymś wyjątkowym, niepokalanym, dlatego, dlatego niedotykalnym. Tylko dlatego wtedy ciebie nie… nie wziąłem - bo patrzyłem na ciebie – jak… jak na Matkę Boską. Dzisiaj myślę, wiem, że to nie był przypadek! Wiem, to było przeznaczenie! Popatrz, akurat do mnie przyszliście uszyć garnitur na ten wasz ślub! Ja wiem, jestem przekonany, że przyciągnęła ciebie ku mnie, moja głęboko skrywana tęsknota, miłość… Żebyś wiedziała ile razy czekałem na ciebie, na spotkanie z tobą w tym miejscu na bulwarze… A jednak byliśmy przeznaczeni dla siebie! Pamiętaj, zawsze, zawsze będę cię kochał najgłębszą, najgorętszą, najmocniejszą miłością. Ann… - czuł jej piersi przy swoich. Próbowała zamykać mu usta delikatnie gryząc jego wargi. Mimo to - szeptał jej miłośnie. – Jesteś dla mnie wszystkim, wszystkim na świecie…

Jego dłoń, jego palce znów wyczuwały śliskość… Był też już gotowy…

– Chwila, chwila, słyszysz? Chyba popłakuje Martyna, zajrzę do niej… Wracam! Zaraz wracam!

           

Od ośmiu lat jesteśmy z Ann małżeństwem. Nasza córka w tym roku poszła do pierwszej klasy. Ann jest projektantką, wizażystką w dużej konfekcyjnej firmie. Stara się również, mieć wpływ na wizerunek mojej pracowni, pomaga mi w jej promowaniu.

Moja była żona i dzieci mieszkają w Wiedniu. Dzieci kończą już studia i ciągle odnoszą sukcesy na kortach. Mam z nimi sympatyczne kontakty. Między turniejami odwiedzają mnie w Gdyni.

A tak w ogóle, jestem szczęśliwym człowiekiem.

wróć do góry



ŚLIWKI

Nadzy, kotłując się w naszym sypialnianym łożu, uprawialiśmy zawzięcie seks, gdy nagle…

- Zaraz, zaraz, co to za „uprawa seksu”! Brzmi to tak, jak „uprawa płodozmianów” w dawnym, komuchowym pegeerze.

Kochaliśmy się, gdy nagle… - No, już lepiej, ale czy kochać się, to, to samo co spółkować, kopulować, współżyć? Och, z tym polskim językiem! Jak więc mam zacząć tę opowiastkę? Jakich słów użyć, jakimi słowami mam się posłużyć, by zabrzmiało to ładnie, ciepło, miłośnie… Cholera z tym językiem polskim!

Zaczynamy od nowa. Myślę, że mimo wszystko zabrzmi lepiej jak napiszę:

Kochaliśmy się namiętnie, gdy nagle… ktoś przy furtce, na domofonie, zaczął wygrywać całe kuranty: gra i gra!

Niech tam, niech jeszcze chwilę pogra… Jeszcze chwilę niech pobrzmi i kankan i marsz zwycięstwa z opery Aida… Niech ten ktoś jeszcze postoi, niech postoi przy furtce… Nie! Nie zerwę się, nie otwieram! Nieee! Muszę skończyć! Najpierw skończyć!

- Ale psychika, nerwy… Tamten przy furtce, stoi i gra i gra - ten już nie…

Kto to może być? Niech go szlag! Listonosz? Listonosz pod wieczór? Sąsiad? Szwagier? W końcu zrywam się z łoża, spoglądam zza winkla przez okno naszej sypialni.

- Teściowa!!! Ta zawsze ma wejście! - Idę otworzyć. - Maaamuuulka – mruczę wściekły. Zakładając portki i koszulę zostawiam w łóżku niedokończoną żonę. Tyle mnie to kosztowało starań, przymileń, obiecanek, żeby ją po południu ni z gruszki, ni z pietruszki zaciągnąć do wyrka.

- Co tak długo nie otwieracie?! Już chciałam odejść. Myślałam, że was nie ma w domu, ale na szczęście zauważyłam światło w sypialni i na szczęście nie odeszłam. - Przyniosłam wam śliwki. Tyle tego leży w ogrodzie, niema komu wyzbierać.

- Nie, jesteśmy, jesteśmy w domu, tylko byliśmy w sypialni, u góry. - Próbuję jak najłagodniej udobruchać teściową, wciskając koszulę w portki.

- A co robiliście w sypialni? – Nie daje za wygraną teściowa. - Ada zmienia pościel?

- Nie…

- Dobre, dobre śliwki. Spróbuj, spróbuj jedną, tylko trzeba je umyć.

- Kwaśne… - Jem jedną, wytartą o portki.

- Ale dobre, dobre. – Pewnie przekonuje teściowa.

Napoczęta Ada rumiana na buzi, poprawiając po drodze swoje blond włosy w końcu, dołącza do nas.

- O! Mama? Co się stało?

- Nic, przyniosłam śliwki, nazbierałam w ogrodzie, takie słodkie, dobre, szkoda, żeby się zmarnowały. Może upiekłabyś placek?

„Masz babo placek” - mamroczę pod nosem. Zostawiam obie, włączam telewizor i na jakimś sportowym kanale próbuję oglądać mecz.

- Popatrzę sobie chociaż jak inni strzelają gole…




KOSZ KWIATÓW

Podobnież, są ludzie, o których mówi się, że są „w czepku urodzeni”. Kimś takim zapewne czuł się Sasza Podborączyński. Sasza Podborączyński szczycił się od pewnego czasu, od czasu, kiedy przyszła w Polsce „odwilż” nie tylko swoim szlacheckim pochodzeniem, udokumentowanym rodowym sygnetem na palcu, ale i nie małą rekompensatą za utracone mienie zabużańskie – rodzinny majątek ziemski na Wołyniu. Zaraz po wejściu ustawy - to właśnie jego rodzina - jako jedna z pierwszych w Polsce otrzymała ogromne zadośćuczynienie. Nie bez kozery trzeba tu zaznaczyć, że to właśnie Sasza Podborączyński wziął na swoje barki całą tą sądowo-biurokratyczną walkę o odszkodowanie. Ukończone studia prawnicze w Londynie, no i ten jego „twardy” charakter tu, na polskich prawniczych ugorach, dawały mu zdecydowaną przewagę. Sasza umiał „rozmawiać”, dochodzić praw, walczyć. Wrodzoną szlachecką inteligencją, posługiwał się z przebiegłością i wyrachowaniem. Był święcie przekonany, że robi to wszystko tak sprytnie, tak inteligentnie zakamuflowanie i chytrze, że sam Pan Bóg nie jest w stanie, dostrzec tych jego wyrafinowanych gierek. Zwykle, po udanej transakcji, w skrytości zacierał dłonie, uśmiechając się chytrze, półgębkiem, jak lichwiarz po oszukańczej transakcji.

Z dnia na dzień Sasza stawał się coraz bardziej bogatym człowiekiem. Jego kapitał rósł, pomnażał się. Sasza brał udział w przekształceniach i prywatyzacjach, wykupywał upadające fabryki i przedsiębiorstwa. Mając dostęp do odpowiednich źródeł, bogacił się również na giełdzie. Jego biznes, jego firmy, zaczynały odgrywać coraz większą rolę, miały już międzynarodowy zasięg. Stawał się Obywatelem Świata. Wspaniała rezydencja w warszawskim Wilanowie była jego matecznikiem. Posiadał biura w Szwajcarii i Londynie.

W Wilanowie zamieszkiwał z piękną żoną i dwiema nie mniej uroczymi córkami w wieku gimnazjalnym. Kochał ten dom. Kochał swoją rodzinę. Był ze swoich trzech kobiet dumny. Dla nich żył. Tylko dla nich! Tylko dla nich?

Będąc poza domem, zawsze, kiedy z jego hotelowych apartamentów wychodziły o świcie zapraszane kobiety, miał wyrzuty sumienia i przyrzekał sobie, że… było to po raz ostatni. Nigdy więcej, nigdy!

Sasza był przystojnym mężczyzną średniego wzrostu, krótko po pięćdziesiątce. Jego ciągle jeszcze bujne, faliste włosy, czas zaczął powoli posrebrzać. Z tym srebrem na skroniach było mu nawet do twarzy - podobał się kobietom. Sam Sasza przywiązywał do swojego wyglądu ogromne znaczenie. Zawsze, zawsze ubierał się ze smakiem i elegancją. Już jako student, szył sobie garnitury na miarę, co prawda nie w Londynie na Savile Row, ale u dobrego krawca w Gdyni. Jak mało kto, znał się na krawieckich niuansach. Był bardzo wymagającym klientem. Do dzisiaj, mimo że próbował się ubierać u krawców w Mediolanie, Londynie czy Zurychu, kiedy tylko mógł, wracał do swojego starego krawca w Gdyni.

- Ile to już lat panie Piotrze pan mnie ubiera?

- Oj, chyba ze trzydzieści? - Panie Saszeńka… - Szpilkując i obrysowując kredą marynarkę, odpowiedział po namyśle krawiec.

Sasza przywiązał się do mistrza. Lubił go. Tak naprawdę, tylko on umiał spełniać, jego wyjątkowe garderobiane oczekiwania. Zresztą, lubił z nim rozmawiać nie tylko o krawiectwie. Wyczuwał w starym mistrzu życiową mądrość i intelektualny, wyciszony skromnością potencjał. Krawiec był innym człowiekiem niż ci wszyscy zachłanni biznesmeni, o których obijał się na swojej biznesowej drodze.

- Próbowałem już kilka razy zdradzić pana… Szyłem sobie na Savile Row…

- Tak, tak zauważyłem. Przychodził pan do mnie nie raz w czymś obcym…

- Tak, mało mam czasu. Było mi niekiedy do pana nie po drodze. Musiałem mieć szybko coś nowego.

- Rozumiem, rozumiem. Biznes rządzi się swoimi prawami. – Odpowiadał ze zrozumieniem stary mistrz.

- Teraz, na Wybrzeżu, w Gdyni będę bywał częściej… Przyciąga mnie tu kobieta… - Chciał, musiał się podzielić z kimś tym uczuciem, choćby z krawcem. Teraz rozpierała go taka radość, takie szczęście, jakby kupił za bezcen co najmniej stocznię… – Piękna, inna niż wszystkie, które spotkałem w życiu… Mieszka tu, w Orłowie…

Obaj popatrzyli na siebie porozumiewawczo w lustrzanym odbiciu. Krawiec dostrzegł rozmarzone oczy klienta. Cała jego twarz promieniała, kiedy mówił o kobiecie. Nagle spochmurniał i z westchnieniem dodał:

– Niestety, mężatka.

– To kiedy będzie pan teraz w Gdyni? Garnitury skończę w przyszłym tygodniu. – Nie podtrzymywał dalej tematu krawiec.

– Będę u pana na początku przyszłego miesiąca. Teraz wyjeżdżam. Nie będzie mnie w Polsce.

Tak, rozległe interesy, firmy rozrzucone po świecie, wszystko to decydowało, że Sasza Podborączyński również w swoim mateczniku, w swojej posiadłości w Wilanowie nie przebywał za często i za długo. Miała do niego o to pretensję żona. Córki dawały do zrozumienia, że bardzo brakuje im ojca na co dzień. Sasza starał się robić wszystko, żeby tę swoją nieobecność wynagradzać im jak najszczodrzej. Szczególnie, kiedy… czuł się winnym… Wracał wtedy do domu z prezentami z najdroższych firm jubilerskich Europy. Kolekcja żony powiększała się z miesiąca na miesiąc…

Jadąc swoim czarnym Mercedesem klasy S, który zawsze czekał na niego w jego letnim apartamencie w Sopocie, był wściekły. Specjalnie przyśpieszył wszelkie spotkania w Zurychu, by znaleźć się jak najszybciej przy niej, z nią… i… nic z tego. Mąż wrócił niespodziewanie wcześniej z morza! W schowku mercedesa miał dwa prezenty. Małe, pięknie opakowane przez znaną firmę jubilerską z Zurychu puzderka, zawierały dwa identyczne damskie zegarki z wysadzaną brylantami bransoletką. Cacka spodobały mu się tak bardzo, że kupił od razu dwa – i dla żony…

Teraz jadąc mercedesem, prawie zgrzytał zębami. „Chociaż odbiorę od krawca ubrania, skoro już jestem na Wybrzeżu”. Pomyślał kierując się w stronę Gdyni. Na ulicy Starowiejskiej przed pracownią nie było miejsca do zaparkowania. Objechał ulicę dwukrotnie, nim przycupnął swoją limuzyną – niestety dość daleko od pracowni. Otworzył bagażnik i wyjął z niego ogromny kosz kwiatów, zamówiony jeszcze przez jego sekretarkę w Zurychu. Teraz szedł z tym ogromnym koszem do krawca. Był wściekły dzisiaj na wszystko. Z trudem otworzył drzwi pracowni przeciskając się przez nie z koszem.

- Dzień dobry panie Piotrze! To dla pana! Weźmie pan ode mnie?

Minęła chwilka nim krawiec zajęty swoją pracą, za dużym, drewnianym stołem, służącym do krojenia, podbiegł do niego i bardzo zdziwiony odebrał ogromny kosz kwiatów.

- Dla mnie? Z jakiej okazji? Panie Saszeńka? Po co? – Nie mógł się nadziwić krawiec.

- Dla pana, dla pana. - Powiedział siadając ciężko w fotelu Sasza. Kosz niósł kawałek drogi od samochodu, poczuł się więc zmęczony. Sprezentuje pan swojej żonie. Wymyśli pan okazję… Ja nie mogę z nim wracać samolotem do Warszawy. Moja żona dopiero by się zdziwiła! Kwiaty nie były dla niej ha… ha… ha… - Zachichotał porozumiewawczo.

– Wspomniałem panu, że mam kobietę, piękną kobietę… Niestety mąż wrócił z morza i ciągle nie wypływa…

– Ach! To, dlatego te kwiaty… Rozumiem.

– Tak, tak. Ofiaruje je pan swojej żonie. - A jak tam moje garnitury?

– Są, są. Czekają na pana. Już mierzymy.

Garnitury nie były do odebrania - małe poprawki.

– Nie wypuszczę tak pana. Będą gotowe na jutro… - Powiedział stary mistrz.

Sasza nie chciał czekać do jutra. Teraz, kiedy tamten wrócił z morza nie było sensu zostawać na Wybrzeżu. Szkoda jego tak drogocennego czasu, poleci do domu najbliższym samolotem. Przynajmniej pobędzie z rodziną, z dziećmi. Już się za nimi stęsknił. Nie było go w domu tyle czasu… Ostatni samolot z Gdańska do Warszawy odlatywał o 22:45 – zdąży.

Nim dowiozła go taksówka z lotniska na Wilanów minęła północ. Chyba już śpią – pomyślał, otwierając po kolei zaszyfrowane kodami wszystkie wejścia do swojej willi. Zachowywał się cicho, jak złodziej. W ręku ściskał misternie opakowane puzderko – prezent dla żony. Położy przy łóżku. Nie będzie jej budził, nie będzie przerywał snu… Tak się składało, że żona już go tak nie pociągała, seks z nią... W swoich, czekających na niego w przedpokoju kapciach, posuwał się po domu miękko, bez najmniejszego szmeru - jak cień. Sypialnia i pokoje dziewczynek mieściły się na górnym poziomie, do którego prowadziły schody z afrykańskiego drewna z bogato inkrustowanymi poręczami. Już miał wspiąć się po nich, ale… na dole, z biblioteki… w głębi korytarza, przez lekko uchylone drzwi… zauważył… sączącą się smugę światła. Zaczął się skradać w tym kierunku. Im był bliżej, tym wyraźniej dochodził do niego głos żony. Aksamitnie miękki, ciepły, taki jak nieraz kiedyś, wydobywał się z jej ust… w trakcie, gdy się kochali.

– Jeszcze nie nasycony…? Jeszcze ci mało…? Nie minęło trzy godziny jak byliśmy razem… jak kochaliśmy się u ciebie…

– Tak… Nie mogę zasnąć bez ciebie… Bez twoich wilgotnych warg… Pokaż, pokaż mi ją… przybliż… Chcę byś w niej poczuła mój język… jeszcze bliżej… tak… tak… Otwórz ją, otwórz… – Męski głos, zabarwiony nośnikiem mikrofonu, rozchodził się miłosnym szeptem po bibliotecznym gabinecie.

„Włączony telewizor… Hanka ogląda jakiegoś pornola?” Przemknęło przez głowę Saszy. Już chciał uspokoić wzmożone bicie serca, ale przecież… słyszał głos żony! To jej pojękiwania, jej szept miękki, aksamitny… taki, jak nieraz, udawało mu się wydobyć z niej, kiedy mógł dłużej… kiedy dochodzili razem…

- Masz, masz… Baw się nią razem ze mną, baw… Baw się swoim… przybliż go… daj… daj…

Stał w otwartych drzwiach biblioteki. Tyłem do niego w fotelu przed ogromnym biurkiem, na którym pobłyskiwał włączony laptop z oczkiem kamery, siedziała… Nie, nie siedziała - pozycja, w której zobaczył własną, nagą żonę była nie do określenia. Jedną nogę miała na biurku…

Wokół fotela porozrzucana była jej bielizna.

Jedyne co poczuł Sasza potem, to… gorący mocz, który ściekał obficie po nogach, po spodniach uszytych na Savile Row, z angielskiej, czesankowej, przedniej wełny w kapcie, na szlachetny staroarabski dywan…

Gdy po jakimś czasie, Sasza stanął na progu pracowni krawieckiej w Gdyni, krawiec, który obserwował od prawie trzydziestu lat życie swojego klienta - Saszy Podborączyńskiego nie poznał. W drzwiach stał chudy, wyniszczony chorobą człowiek, bez jednego włoska nie tylko na głowie, ale i twarz jego pozbawiona była rzęs i brwi.

Siedzieli przy małym stoliku, popijając aromatyczną herbatę. Krawiec z niedowierzaniem co chwilę kręcił głową.

- Co pan powie? Co pan powie… Nagle, w tamtej jednej chwili, stracił pan wszystkie włosy? Jak to jest możliwe? - Krawiec nie mógł nadziwić się opowieściom Saszy, gdy tamten potakująco kiwając głową, snuł dalej swoją historię. - Może kiedyś, ktoś, tę historię opisze, a może, ktoś inny wyciągnie z niej wnioski dla siebie? Niestety nie jest to historia z happy endem.

     wróć do góry




                                                 

© Wisniewski
Powered by Wild Apricot Membership Software